Pobudka przed 7.00, szybkie śniadanie, wychodzimy. Zdążyłyśmy na pociąg o 8.00. 40 minut podróży i wysiadamy na dworcu w Fontainebleau-Avon. Ponieważ nie jesteśmy pewne czy to dobra stacja Aga pyta innych wysiadających czy stąd dotrzemy do zamku. W odpowiedzi dostajemy wielkie zdziwienie. Zaraz obok są przystanki autobusowe i miły pan nie dość, że udziela kompletnej informacji to jeszcze przy przeznaczeniu naszej podróży krzyczy, że to już chateau!!! Zamku jeszcze nie widać, więc musimy się kawałek przejść i za chwilę naszym oczom ukazuje się zielony dziedziniec na końcu którego stoi siedziba Franciszka I, Henryka IV, Ludwika XIV i Napoleona I (co nie znaczy, że inni władcy pomiędzy tymi wymienionymi tu nie mieszkali :)). Uwagę zwracają schody - majestatyczne jak dwa ogromne węże wijące się aby strzec władcy. Jesteśmy jednymi z pierwszych gości. Krótki spacer, potem kupujemy bilety - karta doktoranta wystarczy, żeby dostać tańszy bilet i według taryfy na bilecie, obie mamy znowu po 25 lat.
O 10.00 zaczynamy zwiedzanie tzw. małych apartamentów, które należały do Napoleona I i Marii Ludwiki a później do Napoleona III. Apartamenty są skromne, mimo zdobień na ścianach. Kolor farby jest szary choć prawdopodobnie wcześniej był biały. Nie ma się jednak czemu dziwić. Wszystko, od podłogi, przez dywany, meble, po porcelanową zastawę należało do cesarza. I tak zostało. Mimo, że popękana farba, gwoździe wystające z materiałowych tapet, wyblakłe siedzenia tworzą smutny obraz w porównaniu w choćby Wielkimi apartamentami na pierwszym piętrze, wszystko zdaje się być bardziej autentyczne (mam nadzieję, że nikt nie przyjmie tego za herezję). Idziemy więc przez niewielkie stosunkowo pokoje. Skromne garderoby są jak tajne pokoje. Zaciemniona biblioteka zaskakuje księgozbiorem uporządkowanym tematycznie. Biurka sekretarzy Napoleona rozkładają się tak, że tworzą podwójny stół lub mają wysuwane z boku dodatkowe blaty. W salonie topografów powstawały mapy, które wprowadziły nową jakość do wojskowej kartografii zaś na podłodze znajduje się dywan z trzema liliami w środku. Jeśli się przyjrzeć widać, że kolor wewnątrz i na zewnątrz okręgu jest nieco inny. Pierwotnie bowiem nie było lilii lecz duże N... Gdy do władzy powrócili Burbonowie i Ludwik XVIII został królem wyciął N a wstawił materiał z liliami. Napolen III to jednak zmienił a potem zmieniono i to... I tak w kółko. Kończymy wizytę z przesympatycznym przewodnikiem w Wielkiej Galerii Henryka IV, której ściany pokrywają po jednej strony lustra po drugiej zaś plany królewskich posiadłości, z których wielu już dziś nie zobaczymy... Przewodnik zaś żegna nas wierszem o pięknie zamku, ogrodu i pewnej kobiety, którą ukrył pod imieniem Caliste.
Dzisiejsza wizyta jest uzupełnieniem wcześniejszej, więc spiesząc się na powrotny pociąg udajemy się jeszcze na wystawę o Marii Leszczyńskiej i malarstwie w jej rozumieniu. Ekspozycja jest nie duża, co nie napawa nas satysfakcją. Jeszcze tylko książki, różana herbata i ołówek w butiku, ten sam co wcześniej kierowca w autobusie powrotnym i dworzec.
No to wracam. Pierwszy wpis na tym blogu powstał przed podróżą. Jutro też mnie czeka podróż i co ciekawe takim samym środkiem lokomocji, więc żeby sobie umilić te 20 godzin w torbie spoczywa Mario Puzo z Rodziną Borgiów, Dumas i jego Hrabia Monte Christo i opowiadania Marcela Pagnola. Skoro już tam mam jechać to niech coś z tego będzie - popołudniami po pracy lub w weekendy niech to będzie miejsce na moje wędrówki po paryskich ulicach. Z czapką frygijską lub burbońską lilją, uliczkami i alejami, po śladach barykad i artystów... Rozmarzyłam się. Pewnie wkradnie się odrobina chaosu, historia się przeplecie z dniem dzisiejszym, ale niech to będzie lekarstwo na te marzenia, które zostały w domu.
Mam potrzebę pisania - nie doktoratu, nie artykułów i w ogóle nie naukowo. Boję się jak to będzie odbierane, boję się, że zacznę i nie skończę, a jeśli skończę, że wejdzie to w tryby ocen i sądów. I boję się jak zareaguje środowisko, które zajmuje się zawodowo prawdą i tej bedzie się z pewnością doszukiwało w fikcji literackiej.
miała być notka o zapachach i szlag wszystko trafil :/
Biurokracja w tym kraju zabija moją przyjemność chodzenia jego ulicami... Teraz zamiast Nancy jest Vanessa - Polka urodzona we Francji, której polski trochę mi ociepla zimne formularze i delegacje.
Bruksela ma tylko rynek i koronki, reszty nie widziałam. Nawet w katedrze dziwnie się czułam, gdy zobaczyłam tłum ludzi, który się porozłaził z aparatami i nie było ani jednej osoby, która by się modliła. Co ma iść do przodu - idzie. Choć zwłaszcza po trzech dniach biegania z dyktafonem i kajetem widzę ile trudniej jest i będzie. Ale może warto, może tak ma być. Może to jest odpowiedź na pytanie postawione w poprzedni weekend. Kiedy niby mało się działo a jednak dużo. Niby było cicho a jednak szept potrafi być głośny. Gdy się czasem odstąpi od reguły przyzwyczajenia okazuje się, że może być też dobrze i zaskakująco. Jak różnie można widzieć to samo miejsce. I tą samą osobę. I tego samego Boga.
sobota, 28 stycznia 2012
Licznik odwiedzin: 11 379
| « styczeń » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | |||||
"Patrz w niebo, chodź po ziemi"